Zamiast Mazurka zacznijmy grać Marsyliankę!

Mamy już powołania na mecz z Ukrainą. W kadrze znalazł się jednak Ludovic Obraniak - być może po raz ostatni. To wnioskuję po spotkaniu z trenerem Fornalikiem. Ludo olał swoją nową ojczyznę, nie nauczył się języka i właśnie kończy przygodę z kadrą. Zastanawiam się, czy Francuz jest takim leniem, czy takim idiotą...

W poniedziałek spotkałem się w stołecznym hotelu Hyatt z selekcjonerem Fornalikiem. Dziś (prawdopodobnie), a najpóźniej w czwartek zostaną ogłoszone powołania zagraniczne na mecz z Ukrainą. Plan aktualnie jest taki: z Radkiem Majewskim, a bez Ludovica Obraniaka.

Mój tata powtarza za każdym razem, że na pewno to Kopernik nie żyje (zupełnie jak w „Och, Karol!”), ale na ten moment Obraniak jest na cenzurowanym. Na pewno. Nawet więc nawet sztab kadry zmieni w ostatniej chwili decyzję i Francuza jednak powoła, to prawdopodobnie usiądzie on tylko na ławce rezerwowych. To jego ostatnie chwile w biało-czerwonej koszulce, ostatnie akordy. Czas kopacza Ludwika Józefa z krainy dobrego wina, który ćwierć wieku temu miał dziadka z Pobiedzisk, dobiega końca. Świeczka gaśnie, tak jak zgasła świeczka Olisadebe i Rogera.

Chciałoby się powiedzieć: w końcu!

Napisałem kiedyś felieton: „Plan Fornalika, czyli Polska dla Polaków”. Powiedziałem o tym trenerowi: tylko się uśmiechnął. Zacząłem więc pytać: po co Obraniak? Czy niezbędny? Czy trenera nie wkurza, że nie mówi po polsku?

Fornalik długo okazywał się wytrawnym dyplomatą, kręcił, lawirował. Nie wytrzymał dopiero, kiedy zapytałem wprost: czy trener nie może dać Obraniakowi ultimatum? Przecież prezes Boniek jest tego samego zdania – w kadrze Polski mają grać piłkarze polskojęzyczni.

Zobacz także: Felieton: Plan Fornalika, czyli Polska dla Polaków?

Fornalik zaczął odpowiadać, że już na pierwszym zgrupowaniu na spotkanie z Obraniakiem wziął ze sobą panią tłumacz przysięgłą języka francuskiego, która wyjaśniła piłkarzowi Bordeaux, że musi nauczyć się polskiego. Ten oświadczył, że bardzo, bardzo mocno chce się nauczyć polskiego. Pytam więc Fornalika:
- To ile on potrzebuje czasu, jeżeli z kadrą jest od połowy 2009 roku? Dziesięć lat?
- To Pan zapyta sam tego Obraniaka!
- Ale ja nie znam francuskiego!

Nie znam francuskiego… Rozumiecie? Język Moliera jest mi niezbędny, żeby zadać pytanie reprezentantowi mojego kraju, który nie jest ani Francją, ani Belgią, ani Senegalem. Czy to nie jest - jeśli o Molierze mowa - komedia?

Czytaj także: Waldemar Fornalik dla naTemat: Konflikt z Obraniakiem w kadrze? Obojętnie co powiem, to będzie zła odpowiedź [wywiad]

Obraniak po raz pierwszy zagrał w meczu reprezentacji w sierpniu 2009 roku, sam paszport dostał już w czerwcu. Trenerem był wtedy Holender Leo Beenhakker. Później przez kilka lat był Smuda, inny obcokrajowiec (Niemiec!), a dziś jest Fornalik – Polak. I jakoś w ogóle mnie nie dziwi, że z piłkarzami chciałby rozmawiać po polsku, w cztery oczy, a nie przez tłumacza. O ile da radę dogadać się z Boenischem i Polanskim, o tyle nie da z Obraniakiem. Dlatego w ogóle nie dziwię się, że Fornalik jest zirytowany. Podczas naszej rozmowy w pewnym momencie na kilka minut „wyłączył się” dyktafon. I napiszę wam jeszcze raz: dni Obraniak w kadrze są policzone.

Bo wiecie – są ludzie, którzy rodzą się poliglotami. Taki Waldemar Kedaj, dziennikarz i dyplomata, tata Hanny Lis, znał biegle 18 języków! Jeszcze lepszy był Emil Krebs, Niemiec, syn stolarza, który dogadywał się w… 68 językach. Od Obraniaka wymaga się znajomości dwóch (duka jeszcze po angielsku, ale to jego sprawa). I jak widać to wymaganie jest zbyt wielkie.

Nie uważam, że mam jakiś wyjątkowy talent do języków, na pewno nie taki jak Krebs – ale kiedyś mieszkałem przez pięć miesięcy z dwoma Włochami – i do dziś spokojnie się z nimi dogadam, oczywiście na poziomie 5-latka, ale jednak. Obraniak przez czterdzieści miesięcy nie potrafił się w tym samym stopniu nauczyć języka polskiego. Na ulicy złapała go kiedyś kamera – „Ja nie mówię po polsku”.

Wyjścia są dwa: idiota, albo leń.

Zobacz to: Poniedziałkowa Wywiadówka u Staszewskiego: Jerzy Pilch: Piłka nożna nas ogłupia, a piłkarze zdradzają

W ogóle do napisania tego tekstu sprowokował mnie dobry kolega, dziennikarz, jeden z najlepszych w „Przeglądzie Sportowym” a niedługo autor bestselerowej książki (ha!) o Widzewie Łódź. I ten kolega twierdzi, że Obraniak po polsku nie musi mówić dobrze, bo taki Lewandowski nie to, że zdania składa równie przeciętnie, to jeszcze się ich wypiera. I, że Obraniak daje kadrze tyle samo co „Lewy”. Zastanawiam się czy przypadkiem podczas pisania swojej książki się nie przepracował…

Ten sam Lewandowski, który może nie umie mówić pięknie jak Pilch i Głowacki, w rok nauczył się niemieckiego na tyle, że w następnym sezonie zaproszono go do najważniejszego programu piłkarskiego w Niemczech – takiego naszego „Futbol Cafe”. Można? Można. Oczywiście, że Lewandowski miał łatwiej – z Niemcami przebywa cały czas; Obraniak z Polakami tylko chwilowo. Ale jeżeli „bardzo, bardzo” mu zależy – jak mówił Fornalikowi – to dwie godziny tygodniowo na pewno byłby w stanie na naukę poświęcić. Dwie godziny tygodniowo zajmuje ubieranie się. Dwie godziny to tyle, ile poświęca się na jedne zakupy z dojazdem. Dwie godziny to 1 procent czasu w tygodniu. Jeden.

Od czerwca 2009 roku – zakładając, że rok ma 52 tygodnie – to prawie 200 godzin. W skali prawie czterech lat – zupełne nic. A jednak i tego czasu Obraniak dla swojej „nowej” ojczyzny nie znalazł.

Czytaj to: Co dalej z kadrą? Musimy znaleźć rozgrywającego, lidera w obronie, a Lewandowskiego... posadzić na ławkę

Ktoś powie: ale język futbolu jest przecież uniwersalny. Co za bzdura! Oczywiście, że na boisku piłkarze porozumieją się bez zbędnych słów: „eee” i „ooo” wystarczą. Tak może być ewentualnie w klubie, gdzie dzięki codziennym treningom znasz zagrania kolegi, mówiąc slangiem piłkarskim: czujesz go. W kadrze wypada jednak umieć więcej, niż małpie „eee”. Widząc się raz na dwa miesiące wypada też porozmawiać, usiąść na kawie, zapytać o rodzinę, nowy samochód.

Język futbolu jest uniwersalny… Przypomina mi się historyjka, kiedy razem z kilkoma kolegami pojechaliśmy na mecz Legii z… Girondins Bordeaux (wtedy Obraniak grał jeszcze w Lille). Po meczu udało mi się zakręcić przy autokarze Francuzów. Przechodzi jeden piłkarz – no english. Drugi- no english. Kolejny – to samo. W końcu zaczął zbliżać się Czech, Jaroslav Plasil.
- Jaroslav, I'm from Poland. Can we do interview?
- Yes.
- English?
- No. Français?
- No… Pa rusku?
- Niet. Deutsch?
- Nein…
W końcu Plasil, widząc na mojej twarzy rezygnację, wypalił: No to ti v polskem, a ja v ceskem, dobre?

Sześciu języków było trzeba, żeby się dogadać – o piłce. To gdzie ten uniwersalizm? Myślicie, że Lewandowskiemu będzie się tak chciało z Obraniakiem? On to ma w dupie, pójdzie do pokoju Szczęsnego, albo zadzwoni do dziewczyny Ani. To samo Kuba – on posiedzi z Piszczkiem. A Obraniak będzie rozmawiał z Perquisem. Po francusku. Na zgrupowaniu reprezentacji Polski.

Czy naprawdę was to nie irytuje? Gdybym chciał się patriotycznie zapowietrzyć, napisałbym, że nie po to dziadowie przez 123 lata walczyli o język polski, żeby teraz mówić w Warszawie po francusku. Gdybym chciał być złośliwy, napisałbym, że jeżeli Francuzi oczekują by w ich kraju turyści znali francuski, to my oczekujmy od nich tego samego. Gdybym był koniunkturalistą napisałbym natomiast, że język faktycznie się nie liczy; aby tylko Obraniak strzelał i asystował – ale… nie strzela i rzadko asystuje. A gdybym był Panasem z Lady Pank to powiedziałbym z poważną miną: „Zacznijmy grać Marsyliankę zamiast Mazurka! To przecież taka ładna piosenka!”.

A zamiast tego zakończę żartem i przepiszę tylko SMSa, którego kilka tygodni temu wysłał mi jeden z kolegów, całkiem mądry:

"Nie będzie Ludo pluł nam w twarz i kadry nam francuził!!!"

Twitter szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego
Trwa ładowanie komentarzy...