Zamiast do Bundesligi, Wszołek trafi do sądu

Chwilę po godzinie 11 Paweł Wszołek dojechał na zgrupowanie Polonii w Cetniewie. Znaczy to mniej więcej tyle, że w trakcie trwającej kilkanaście dni telenoweli transferowej piłkarz oszukał Niemców dwukrotnie i na pewno nie zagra w Hannoverze. Co więcej – jak udało mi się dowiedzieć – sprawa trafi do sądu.

Nie wiem, czy po tym, co zrobił Wszołek, należałoby go nazywać dzieciakiem, głupkiem, czy zwyczajnym kretynem. Jestem w stanie zrozumieć, że raz mógł się zawahać i mieć wątpliwości, czy idąc do Niemiec robi dobry krok, ale za to, co odstawił teraz, należy mu się chłosta w dobrym, średniowiecznym stylu.

Według tego, co powiedział mi dziś Edward Kowalczuk, który od lat czuwa nad przygotowaniem fizycznym zawodników Hannoveru, Wszołek w sobotę wieczorem w Warszawie nie tylko dał słowo i uścisnął dłoń dyrektora sportowego Joerga Schmadtkego, ale podpisał także aneksy do swojej 3,5-letniej umowy.

Wszyscy powiedzieli sobie: „do zobaczenia”, a już we wtorek Wszołek przestał odbierać telefony. Zieloną słuchawkę swojej komórki nacisnął łaskawie dopiero w nocy i oznajmił zaskoczonym Niemcom, że zamiast do Hannoveru, udaje się do Cetniewa... Nie wiem, czy ktoś namieszał chłopakowi w głowie, czy sam jest tak nierozgarnięty, ale chociażby jego rodzice powinni złapać go za łeb i skutecznie wytłumaczyć, że dane słowo, to nie chorągiewka, która zmienia kierunek zgodnie z powiewem wiatru. Teraz, jak twierdzi Kowalczuk, nie odpuszczą Niemcy, a dyrektor Schmadtke zapowiedział już, że sprawa trafi do sądu.

Zamiast na stadiony jednej z najlepszych lig świata, trafi do sądu... Zamiast być ocenianym przez dziennikarzy prestiżowego "Kickera", będzie oceniany przez panów w czarnych togach. Zamiast zarobić miliony złotych, być może miliony straci... Nie ma co – Wszołek buduje sobie karierę.

Za pierwszym razem sprawa podobno rozbiła się o pensję (zaledwie 15 tys. euro miesięcznie) i brak kasy za podpis na kontrakcie. W błąd piłkarza miał wprowadzić menadżer Jarosław Kołakowski, który zamiast działać na korzyść klienta, podobno działał na korzyść klubów. Dopiero kiedy do Warszawy przyjechali dyrektor Schmadtke i trener Kowalczuk, temat finansów miał zostać definitywnie zamknięty – miesięczna pensja miała wzrosnąć do 40 tys. euro, plus piłkarz miał otrzymać pół miliona euro za parafkę na umowie.

Większość przesądziła o winie Kołakowskiego. Sławek Peszko, z którym wczoraj rozmawiałem, żalił się do słuchawki: „Kołakowski to oszust! Mnie też oszukał, niedługo będę się z nim sądził w PZPN. Dawno powinni zabrać mu licencję! Szkoda, że Paweł ma takiego agenta”. Jeden z najważniejszych polskich menadżerów napisał mi natomiast taką wiadomość: „Czyżby kasa przeszła obok? Kołak chciał wydymać, a wydymali Kołaka.”.

Teraz okazuje się jednak, że to wcale nie wina Kołakowskiego, a tylko i wyłącznie Wszołka. O tym samym przekonuje zresztą Kowalczuk, który od początku twierdzi, że problem jest tylko jeden i ma na imię nie Jarek, a Paweł. No, chyba, że o czymś wyjątkowym jeszcze nie wiemy.

W Haškowych „Przygodach dobrego wojaka Szwejka”, kiedy Szwejka wyrzucają z pociągu jadącego do Czeskich Budziejowic, robi on wszystko, aby dotrzeć na miejsce i dotrzymać słowa danego porucznikowi Lukasowi. Szwejkowi się udało i wtedy właśnie wypowiedział niezapomniane: „Melduję posłusznie, że znowu tu jestem!”. Wszołek nie musi mówić nic. Wszyscy wiedzą, że jego znowu nie ma…
Trwa ładowanie komentarzy...