Skoki narciarskie na Narodowym? To może od razu loty w kosmos?

Nasz Stadion Narodowy, który był już Basenem, za chwilę może stać się... Skocznią Narodową w Warszawie. W samym centrum Warszawy! Boże, dziękuję Ci, że żyję w tak bogatym kraju, w którym ze względu na gigantyczne nadwyżki budżetowe, stać nas na takie inwestycje! A tak całkiem serio: ktoś nie tylko zwariował. Kogoś zwyczajnie poje...

Skocznię narciarską w Warszawie znam tylko jedną – tę na Mokotowie, na ulicy Czerniowieckiej. I bardziej niż ze skakaniem, kojarzy mi się ona z deskorolkami, tanim winem i blantami. Tamta skocznia rozebrana została już dawno temu i – przyznam się – jestem w niemałym szoku, że ktoś wpadł na pomysł, aby facetów okutych w latające deski, ponownie sprowadzić do stolicy.

Na Narodowym, który dla Polaków stał się miejscem kultu i dumy, swoistym Koloseum w wersji: vol. 2, wszyscy chcieliby zorganizować wszystko. Był już mecz futbolu amerykańskiego, a nawet i dwa, był quasimecz artystów; miała być gala bokserska. Za rok prezes Przedpełski chce zagrać na Narodowym inaugurację mistrzostw świata w siatkówce, albo przynajmniej pojedynek z Brazylią w Lidze Światowej, pojawiła się też idea rozegrania jakichś mistrzostw w... pływaniu. No i te nieszczęsne skoki.

Najmądrzej chyba, z wypowiedzi, które przeczytałem, wysłowił się burmistrz Wisły Jan Polaczek, który zapowiedział, że w takim razie skocznię w Malince zaleje wodą i zorganizuje tam zawody dla... kajakarzy górskich! Brawo, panie burmistrzu! Idźmy za ciosem i zgodnie z ideą multidyscyplinarności we Wrocławiu, gdzie przed stadionem wykopany jest olbrzymi dół, zorganizujmy tor rajdowy dla Krzysztofa Hołowczyca, w Gdańsku na polach dookoła PGE Areny można zrobić trasę biegową dla Justyny Kowalczyk, a w Poznaniu, a dlaczego nie!, finisz Tour de Pologne. Powiedzcie to Langowi, a on już jutro zacznie planowanie!

Z niemałym trudem przyjmuję do wiadomości fakt, że skoki mają w Polsce pewną rzeszę wyznawców, licząc włącznie z kibicami weekendowymi, całkiem sporą. Czy naprawdę trzy zawody w ciągu tygodnia, jakie za chwile będziemy mieli, naprawdę im nie wystarczą? OK., mieliśmy kiedyś Małysza, który dziś tarabani się po piaskach pustyni, mamy Kamila Stocha, który próbuje przebić się do czołówki i może nawet kiedyś mu się to uda, dodatkowo jest trochę zdolnej młodzieży. Ale na Boga – jestem przekonany, że ogromna grupa kibiców, oglądających dziś rywalizację skoczków, na pytanie, kogo, z zawodników zagranicznych, zna, poza nowym królem Schlierenzauerem, wymieni maksymalnie dwóch, może trzech.

Plakaty skoczków nie trafiają zazwyczaj na ściany nastolatków (choć ja naszego Adasia na ścianie miałem, przez jakiś miesiąc!). A synowie panów Andrzejów z Białegostoku, czy innego Lublina, po obejrzeniu Turnieju Czterech Skoczni, nie mówią do ojców: – Tato, chcę być jak ten Austriak o przydługim nazwisku! Proszę, przeprowadźmy się w góry!

Czy ten projekt jest chociaż opłacalny? Nie będę kłamał – nie wiem. Stadion będzie pełny na pewno. Pamiętam jak na mecz dwóch polskich zespołów futbolu amerykańskiego, o którym przecież w Polsce nikt nie wie nic a nic, przyszło 20 tys. ludzi. Zwycięzca tego finału, a prywatnie syn bibliotekarki z mojego liceum, mówił: – Tylu ludzi nie oglądało nas przez cały sezon! Bo dziś Narodowy przyciąga jak magnes.

Coś w końcu Polakom wyszło! – tak myślimy.

Dlatego miesięcznie po kilka tysięcy ludzi przyjeżdża z każdego zakątka kraju tylko po to, żeby pochodzić po pustym obiekcie. Nawet na mecz z San Marino, który odbędzie się przecież na SN (brawo panie Boniek!), przyjdzie komplet – wystarczy, że PZPN sprzeda bilety za pół darmo, a 50 tys. chętnych na pewno się znajdzie. Dlaczego ludzie mieliby nie przyjść na skoki? Może by i przyszli, ba, na pewno by przyszli, pytanie tylko: po co!?

Czy naprawdę z naszym jednym, niezłym Stochem, chcemy pretendować do ragi liderów skoków narciarskich na świecie? Czy Polski Związek Narciarstwa planuje jakąś wielką ekspansję na Puchar Świata? W tym roku w kalendarzu PŚ mamy trzy imprezy: dwie w Zakopanem i jedną w Wiśle-Malince, której odbudowa, czy budowa, jak zwał, tak zwał, kosztowała 50 mln. zł. Więcej konkursów niż my mają tylko Norwegowie, Finowie i Niemcy. Jeżeli dołożymy do tego dwa zawody w Warszawie, będziemy w pierwszej trójce. Niestety, tylko w liczbie pucharowych imprez.

W naszym cudownym kraju od lat mamy dziesiątki, a może nawet setki, idiotycznych inwestycji – przysłowiowych dworców kolejowych we Włoszczowie. Ze świata sportu na myśl przychodzi mi od razu zidiociała do cna budowla – BGŻ Arena, o której, co w ogóle mnie nie dziwi, mało kto słyszał, więc pędzę wyjaśnić, że to tor kolarski w Pruszkowie. Kilku wariatów, kilka lat temu, wymyśliło sobie, że pod Warszawą zorganizują kilka wyścigów, no i zorganizowali: we wrześniu 2008 roku odbyły się tam mistrzostwa Europy w kolarstwie torowym, w marcu 2009 r. mistrzostwa świata.

Nikt tylko nie przewidział tego, że kolarstwem torowym w Polsce nie tylko nikt się nie interesuje, ale nawet nikt go nie uprawia. No, może poza jakimiś dziesięcioma osobami. Po przeliczeniu stu baniek na jednego kolarza – a tyle wydano na postawienie toru – okaże się, że premia jaką dał swojemu kierowcy Grzegorz Lato, to jak drobne na drożdżówkę, jakie każdy z nas dostawał kiedyś od rodziców.

Również skoki narciarskie nie są najpopularniejszą dyscypliną, a już na pewno nie dyscypliną dostępną dla każdego. O ile każdy może grać w nogę, kosza, siatkę, tenisa takiego i takiego, w ręczną, czy unihokej, o tyle tylko stosunkowo mała grupa ludzi mieszkająca w okolicach gór, ma szansę zarobić parę złotych za skakanie z jakiejś niemieckiej góry w śmiesznym, srebrnym kombinezonie.

Czy więc naprawdę warto wydać parędziesiąt milionów tylko po to, żeby 40 tys. ludzi, w kraju prawie 40-milionowym, bez autostrad i z dziurawymi płytami lotnisk, mogło przyjść pomarznąć przez kilka godzin, patrząc na skoczków? To ja już chyba wolę nawet ten cały Turniej Czterech Skoczni. Przynajmniej nie musimy do niego dopłacać.
Trwa ładowanie komentarzy...