Plan Fornalika, czyli Polska dla Polaków?

Wszystko wskazuje na to, że Waldemar Fornalik krok po kroku oczyszcza reprezentację Polski z farbowanych lisów Franza Smudy. Okazało się, że od Boenischa lepszy jest Wawrzyniak, a zamiast Perquisa na środku obrony świetnie radzi sobie Glik. Następny w kolejce jest Eugen Polanski, którego zastąpić ma Grzegorz Krychowiak. Dni polskich stranierich wydają się policzone.

Jeżeli Fornalik rzeczywiście zrezygnuje z usług smudowych farbowanych lisów to... właściwie nie będzie po kim płakać.

Taki Sebastian Boenisch od kilku miesięcy znajduje się w dwunastu procentach bezrobotnych Polaków. Damien Perquis jest najgorszym defensorem hiszpańskiego przeciętniaka – w swoim pierwszym poważnym meczu zawalił bramkę, „zrobił” karnego i wyleciał z boiska, dzięki czemu z ławki rezerwowych nie podniósł się do dziś. Nie gra także Eugen Polanski w Mainz (w ubiegłym sezonie 13. klub Bundesligi).

Niewiele lepiej – aczkolwiek, jak mawiał komisarz Ryba – lepiej, ma się Ludo Obraniak, który co jakiś czas strzela albo asystuje w Girondins Bordeaux, ale temu klubowi do jego dawnych sukcesów jest tak daleko, jak „Szalonemu bykowi” z osiedlowego sklepiku w Ostrołęce do dobrego rocznika Chateau du Lort.

Przyznaję, że od 2009 roku mocno wspierałem, a później broniłem, „polskich” Niemców (oprócz Boenischa i Polanskiego był jeszcze zapomniany dziś Łukasz Sinkiewicz). Jeździłem do Reichu regularnie, robiłem o nich sporo materiałów. Zresztą, za jeden strasznie tendencyjny tekst w „Polsce The Times” dostało mi się kiedyś po głowie, zresztą słusznie, od szefa działu sport Roberta Zielińskiego.

A oto i ten tekst :)

Ale do dziś uważam, że taki Boenisch miał naprawdę sporo atutów. Grał regularnie w Bundeslidze, w klubie, który w 2007 roku zapłacił za 20-letniego wówczas Sebastiana prawie 4 miliony euro; pojawiał się na boisku w meczach Ligi Mistrzów. Kiedy razem z fotografem Piotrkiem Kuczą odwiedziliśmy Boenischa przy okazji spotkania z Tottenhamem, chętnie pozował z biało-czerwonym szalikiem. Był młody, miał już doświadczenie, dodatkowo wyróżniał się inteligencją (zna cztery języki, a uczy się piątego).

Naprawdę trudno się dziwić Smudzie, że dał się zauroczyć. Nie mógł wtedy przewidzieć, że wszystko pójdzie nie tak. Że Boenisch połamie się raz, drugi i nie pomoże mu nawet doktor o tym samym nazwisku. Że na Euro zagra tak słabo, że zrezygnują z niego Werder Brema, później VfB Stuttgart i zostanie mu jedynie pośredniak.


Trochę inaczej wyglądała sytuacja Polanskiego, który na początku nieelegancko lał na wszystko, co polskie: w czasach gry w Monchengladbach kompletnie zignorował mojego późniejszego szefa Artura Szczepanika, z którym nie chciał porozmawiać nawet przez minutę, później, już w Getafe, tak samo potraktował przedstawiciela Maćka Chorążyka, szefa skautingu PZPN. W Mainzu natomiast odmówił samemu Franzowi Smudzie, do którego skruszony zadzwonił dopiero po roku. Człowiekiem był (jest?) słabym, ale piłkarzem solidnym, walczakiem w stylu Piotrka Świerczewskiego. Apogeum formy osiągnął dodatkowo wtedy, gdy Mainz wywalczył awans do europejskich pucharów.

Wywiad z Polanskim w "PS" gdzie szydło wyszło z worka

Tu warto też zaznaczyć, że porównywanie Boenischa i Polanskiego do Obraniaka i Perquisa, to trochę jak zestawienie polskości Poli Negri z Eminemem (wiedzieliście, że jego pra prapradziadek nazywał się Grzegorz Scheinert i mieszkał w Kostrzy?). Polanski Bogusław Eugeniusz oprócz tego, że jest z Sosnowca, a jego żona Karolina jest Polką, chętnie i nieźle mówi po polsku. Podobnie jak Boenisch, którego rodzice to typowi Ślązacy z Gliwic. A Francuzi? Dziadek Obraniaka, Zygmunt, z wielkopolskich Pobiedzisk, nie żyje od ponad 15 lat, a babcia Perquisa Józefa Bierła po polsku pamięta ledwie kilka słów, bo sama urodziła się już we Francji.

Zresztą, to co budzi dziś największe obiekcje reprezentantów wobec stranierich to właśnie język. Taki Obraniak od połowy 2009 roku, a więc przez trzy lata, nie nauczył się mówić po polsku w stopniu, który zna trzyletnie dziecko. Podobnie Perquis, który Polakiem jest już 13 miesięcy.

Inna sprawa to to, kto o zdrowym rozsądku mógł oczekiwać, że Damien z Ludo rzucą się nagle w wir „Pana Tadeusza” i „Potopu”, a swoim dzieciakom będą śpiewać do snu o pieskach małych dwóch, co chciały przejść przez rzeczkę? Obiecali, że się nauczą i tyle. Obiecanki cacanki.

Na kilku ostatnich budapesztańskich imprezach przekonałem się, że Francuzi zazwyczaj rozmawiają tylko ze sobą, tylko o sobie i tylko w swoim języku. A jak jedna Francuzka zaczęła się integrować z resztą międzynarodowego towarzystwa, okazało się, że ma nazwisko ma... Krakowska.

Dlaczego inaczej zachowywać mieliby się chłopaki urodzeni w Troyes i Longeville? Którym mamy od małego śpiewały francuskie piosenki, którzy później całowali francuskie dziewczyny i pili tamtejsze wina, a kiedy dorośli we Francji zarabiali na życie.

Szkoda, tylko że Smuda nie pomyślał zawczasu jak niegdyś legendarny Jan Himilsbach (Sidorowski z „Rejsu” Piwowskiego) który otrzymał rolę w jakieś zachodniej produkcji, ale szybko ją odrzucił. Dlaczego? – pytali znajomi, a Himilsbach odpowiadał: - Kazali mi nauczyć się języka. A jak odwołają produkcję, to zostanę z tym angielskim jak głupi chuj!
Trwa ładowanie komentarzy...